ABC Arte Blog 

Wyszukiwarka


Stronka zawierająca masę przemyśleń 
Justy z zakresu:

- anime... bo lubię!
- manga... bo lubię! 
- komiks... bo rysuje!
- literatura... bo piszę!
- projekty własne... bo szukam mecenasów!
- refleksje... bo czasem mnie coś nachodzi!
- to co mnie denerwuje... samo przez się! 
- czym jest sztuka... filozofia jeszcze nikogo nie zabiła!
- dlaczego ABC ARTE?
- bo to jest istotne?
I gdzie indziej miałabym publikować
swoje spostrzeżenia?! 

Kliknj... na skróty po więcej informacji! 


TV ABC ARTE dla Magazynu KYAA! cz. 12

2018-08-05 11:53:56, komentarzy: 0

Czy autor może łamać… swoje prawa autorskie?

 

Nadszedł czas na temat, który mówiąc obiektywnie napawa mnie niepokojem, ale nie ukrywajmy, że jest ścisłe powiązany z faktem tworzenia animacji. Więc warto na łamach kącika TV ABC ARTE przyjrzeć się tej trudnej do strawienia rybie.

 

Żeby nie być wrednym i nie stwierdzić od razu, że dla niektórych twórców prawo autorskie jest niczym trująca ryba fugu, postaram się jakoś wyrazić swoje wątpliwości na piśmie. Rzecz jasna, treść tego artykułu ma raczej sprzyjać konstruktywnej krytyce i ewentualnym podpowiedziom dla twórców nowego prawa autorskiego, a pisze to wszystko jeden z wielu milionów internetowych twórców, który ma słuszne wątpliwości co do faktu… bycia autorką w majestacie prawa. To tylko moje przemyślenia, ale ciekawa jestem czy macie podobne refleksje.

 

KROK 1...

 

Tym razem przyjrzyjmy się kilku pojęciom lub fragmentom z naszego polskiego prawa autorskiego, które mogą być różnie ale na pewno ciekawie interpretowane. Odnoszę wrażenie, że te prawo niezbyt radzi sobie z faktem istnienia Internetu i właściwie dlatego postanowiłam napisać ten niezbyt optymistyczny artykuł. W myśl obowiązujących przepisów, istnieje takie pojęcie autora: „Rozdział 2: Podmiot prawa autorskiego.Punkt 2. Domniemywa się, że twórcą jest osoba, której nazwisko w tym charakterze uwidoczniono na egzemplarzach utworu lub której autorstwo podano do publicznej wiadomości w jakikolwiek inny sposób w związku z rozpowszechnianiem utworu. 3. Dopóki twórca nie ujawnił swojego autorstwa, w wykonywaniu prawa autorskiego zastępuje go producent lub wydawca, a w razie ich braku – właściwa organizacja zbiorowego zarządzania prawami autorskimi.”

 

To dopiero początek ustawy, a już człowiek ma wątpliwości. Czyżby na miano autora zasługiwał tylko artysta, któremu udało się zaistnieć? To znaczy takiemu, który znalazł podmiot, co w razie wątpliwości udowodni, że to był jego pomysł? To znaczy, że na przykład wydawca książki potwierdzi, że w jego bazie danych jest taki autor. Nie wyobrażam sobie aby tak troszczono się o jednostki nieumieszczające swoje prace w Internecie. Na dodatek domniemam, że z punktu widzenia korporacji, pod które pisze się takie prawa (sytuacja USA, prawo autorskie zmienia się tak aby wytwórni Walta Disney’a nie wygasły autorskie prawa majątkowe) pojedynczy sieciowi twórcy jawią się jako potencjalni przestępcy, albo w najlepszym wypadku ewentualne darmowe „źródła inspiracji”, którym legalnie mogą ukraść ich pomysły, pobierając z ich stron ich utwory, a potem wmawiając całemu światu, że użytkownik X… piraci ich sztukę!

 

Nie brzmi to jak sielanka. Innym podmiotem, który stoi na straży interesów autorów są ich organizacje (na przykład: Związek Pisarzy Polskich, ZAIKS), ale aby tam przystąpić trzeba mieć wydane utwory (jakoś nie biorą pod uwagę autorskiej strony www, a co naturalne preferują bardziej tradycyjne i bezpieczniejsze metody czyli najlepiej wydrukować książkę z numerem ISBN lub płytę z odpowiednią do tego celu licencją).

 

Z drugiej strony medalu, kłania się historia Polski i wiedza na temat przeszłości polskich strażników własności intelektualnej. I to też nie każdemu podoba się, aby należeć do instytucji, która co prawda ma cele szczytne, ale często była prowadzona przez przedstawicieli komunistycznego reżimu.


Rysica w pudle

 

KROK 2..

 

Po zdefiniowaniu sobie postaci autora, warto zastanowić się czy dzielenie się wiedzą w sieci jest legalne. Ustawodawca przewidział, że nie powinno to być penalizowane jeśli chodzi o wyłącznie dobre intencje i pod warunkiem, że nie można na tym czerpać korzyści majątkowych. Jest jednak jedno wielkie „ale”, twórcy tego prawa nie podali, że fani są chronieni. Ja przynajmniej nie znalazłam takiego przypisu dotyczącego nieodpłatnego dzielenia się wiedzą między sobą przez wielbicieli na przykład mangi i anime (fanowskie tłumaczenia tytułów nie posiadających oficjalnego wydawcy).

 

Zanim dalej zacznę rozpisywać się o takich paradoksach, podaję przykład przepisu dotyczącego dozwolonego użytku: „Art. 33.1. Wolno korzystać z już rozpowszechnionych utworów dla dobra osób niepełnosprawnych, jeżeli to korzystanie odnosi się bezpośrednio do ich upośledzenia, nie ma zarobkowego charakteru i jest podejmowane w rozmiarze wynikającym z natury upośledzenia.”

 

To bardzo szlachetne rozwiązanie (mogliby zamiast słowa „upośledzenie” dać jakieś inne, sugerujące znaczne bariery w odbiorze sztuki wynikające z różnego typu niepełnosprawności) i w pewnym sensie pozwalające osobom z niepełnosprawnościami na korzystanie z utworów, które bez odpowiedniego przeredagowania, nie byłyby dla nich dostępne (audiodeskrypcja dla filmu, zamiana czarno drukowej prasy na format elektroniczny, możliwy do przeczytania pod znacznym powiększeniem lub do wysłuchania).

 

Ten przepis został dodany niedawno, sądząc po zastosowanej numeracji, a wiem z własnego doświadczenia, że być może nawet znane mi organizacje pozarządowe zajmujące się krzewieniem kultury i sztuki, mogły mieć w tym swój wkład. Konsekwencją tego działania jest ciekawa sytuacja, a mianowicie, że nowe filmy współfinansowane przez Polski Instytut Sztuki Filmowej powinny mieć audiodeskrypcję.

 

To taki szczęśliwy news i mój obiektywny wkład, aby przekazać Wam, iż nie mam zamiaru wyłącznie ganić ustawodawcy. Jednakże nie daleko od tego punktu, znajduje się następujący zapisek: „Art. 35. Dozwolony użytek nie może naruszać normalnego korzystania z utworu lub godzić w słuszne interesy twórcy.” Według mnie to bezużyteczny i niebezpieczny frazes, który czyni z każdego potencjalnego fana sztuki, ale korzystającego z Internetu… potencjalnego bandytę. W kwestii dozwolonego użytku, ustawodawca (w mojej interpretacji czytelnika, nie będącego prawnikiem) zapomniał, że Internet istnieje, a jak się już tam coś publikuje to na pewno z domniemaną, wyłączną szkodą dla autora.

 

Teraz znów powrócę do naszego fandomowego poletka. Czyżby polskie prawo autorskie nie przewidywało, że fanowskie, ale profesjonalne tłumaczenia nie zmienionych przez amerykańską cenzurę anime lub mang mogą być w danym środowisku formą reklamy i zachęty do kupna utworów z Japonii, jeśli tylko te będą dostępne na naszym rynku? Czy nieoglądanie produkcji z zachowaną oryginalną ścieżką dźwiękową, z nieprzeinaczonymi scenami na stole montażowym jest działaniem na szkodę autora? Osobiście wolę produkcje w oryginale z sieci, niż cenzurę z TV i wcale nie dlatego, że popieram piractwo. Jako pasjonatka animacji, wiem ile czasu trzeba poświecić na zmontowanie jednej sceny i jakoś mi przez myśl nie przechodzi, aby jakiś amerykański wydawca zmienił mi dialogi, imiona bohaterów (bo na przykład polskie są passe), albo w ogóle zrobił z tego, co ja wymyśliłam… zupełnie inny film. Czy to jest dla mnie korzystne? Czy to nie jest piractwo? Oficjalnie to jest legalne, bo nie w Internecie… Skoro znów mowa o sieci to jest jeszcze taka dygresja. Pisanie fanowskich tłumaczeń, dzielenie się wiedzą jest legalne, o ile dasz to tylko znajomym na podwórku do poczytania, a potem zamkniesz w szafie na cztery spusty! I chyba nie do końca przekonasz tych panów garniturach, że to było od fanów dla fanów, bez zarabiania na tym kokosów (ciekawe ile kosztuje nostalgia?!) i w ogóle gdyby znalazłby się polski wydawca (ale nie cenzor), to wiadomo, że fani graliby na 100% fair play.

 

Tylko czy pokazywanie ludziom prawdziwej twórczości ulubionego mangaki to w tym przypadku też nie jest grą fair play? Po prostu bardzo dobra reklama dla tego autora. Gdyby nie ci wierni fani manga i anime byłyby tak popularne jak nasze produkcje z Polski. Bez obrazy dla rodzimych twórców (w tym też dla siebie samej), ale jak tylko autorzy „Bolka i Lolka” pokłócili się między sobą o prawa autorskie, to przegapili szansę na dotarcie do nowych widzów. Zamiast „Bolka i Lolka” w 3D… co mamy? Nic nie mamy! Tylko syzyfową bitwę o bezduszne paragrafy.

 

KROK 3...

 

Klątwa szafy i Internet. Ulubione słowo prawnika to „szafa” jako miejsce dla fanowskich przedsięwzięć, a Internet to stara, demoniczna studnia, z której wyskakują podejrzane typy. Smutne jest to, że nie do końca wiemy jak postępować z utworami filmowymi i plastycznymi. Pytając o tak zwany dozwolony użytek na podstawie prawa autorskiego z perspektywy laika, tłumaczą mu to na podstawie kasety z tasiemką z lat 90 XX wieku, podając taki przykład: jeśli masz kasetę z muzyką to puszczaj ten utwór w gronie znajomych. Co jednak zrobić, gdy fani twojego ulubionego utworu to nie twoi znajomi w realu, a w sieci? Ciekawa sprawa.

 

W kwestii dozwolonego użytku bawi mnie jeszcze fakt fanowskich ilustracji. Na internetowych grupach rysowników często istnieją długie regulaminy, które podpowiadają jak nie łamać praw autorskich. Jest tam zwykle coś o nieprzerysowywaniu czyjeś pracy, podawaniu, że na przykład rysujemy czyjąś postać w swoim stylu, albo swoją własną (to bez wątpienia słuszne uwagi), ale… czy te wszystkie wskazówki to na pewno powoływanie się na nasze, prawo autorskie? Myślę, że zamiast straszyć paragrafami, wystarczyłoby napisać, że na tym forum rysowników cyfrowych stworków, obowiązują takie zasady kultury: 1. Nie kopiować czyjeś pracy. 2. Nie podpisywać się pod czyjąś pracą. 3. Podawać link do utworu, na którym wzorowano się o ile to nie jest twoja postać.

 

KROK 4…

 

Na sam koniec taka moja refleksja. W moim odczuciu polskie prawo autorskie nie chroni internetowych twórców (za twórców uważam także fanów ulubionego anime, którzy często robią bardzo dobrą kampanię marketingową dla ich ulubionego twórcy). Jeśli natomiast wciąż trzymamy się opcji „klasycznego autora” (100% własny pomysł), to czy taki autor jest autorem?

 

Jeśli jesteście pasjonatami sztuki filmowej, ale bez dyplomu szkoły filmowej to istnieje potencjalna szansa, że w majestacie prawa zabiorą wam dorobek i zaczną argumentować (a nie daj Boże rzucać odpowiednimi paragrafami), że tacy jak wy jesteście za ślepi… aby to narysować! Macie wątpliwości?

 

Przypominam, że jedną z form udawania ewentualnego autorstwa jest posiadanie swojego wydawcy, należenie do organizacji twórców lub jakiś niepodważalny dowód (raczej nie własna strona www, gdzie można sobie pisać wszystko, co dusza zapragnie) a raczej dyplom z ASP. Ja osobiście nie znam osoby słabo widzącej po Akademii Sztuk Pięknych (z zakresu sztuk plastycznych) albo po szkole filmowej, ale to nie oznacza, że nie widziałam animacji ich autorstwa, zresztą publikowanych w Internecie. Innymi słowy autor może łamać własne prawa autorskie. Tak ja uważam.

 

Oczywiście pozostaje jeszcze opcja szafy, czyli nie publikowania treści, które potencjalnie można zabrać autorowi X. Niestety, taki mebel raczej nie umożliwi kontaktu anonimowemu twórcy z jego pierwszymi odbiorcami, ani nawet nie sprawi frajdy komuś, kto chce podzielić się swoją na 100% autorską sztuką z całym światem. O kwestiach finansowych już nie wspominam, nie warto.

 

Dobrze, napisze tylko tyle. Znam taki przypadek, że pewna osoba pobierająca rentę z tytułu niepełnosprawności zapytała ZUS, o to czy nie będzie to kolidowało z jej niskimi dochodami, jeśli wyda książkę własnym sumptem. ZUS zalecił zawieszenie renty i dopiero wtedy próbować z karierą autora, bo gdyby ten autor zarobił na miesiąc za wiele z tytułu wydania powieści, musiałby Państwu oddać około tysiąca złotych. I dlatego wielu autorów nic nie zarabia. Zamieszczają swe prace w sieci (te autorskie i te fanowskie projekty), a prawo autorskie jak i inne przepisy, nie są po ich stronie. Prawo autorskie czyli możliwość ochrony jakiejkolwiek twórczości staje się barierą, albo powodem, że zaraz cię ogłoszą piratem, albo paserem. Nawet tworzenie od fana dla fanów to ryzykowna gra.

 

Internet – okno na świat, ale według pewnej grupy Polaków to tylko wielki sklep z logami korporacji, które straszą innych ewentualnym łamaniem ich praw… autorskich. Dla zachęty powiem tak, są miejsca gdzie zauważono, że złagodzenie kodeksów pozwoli na niwelowanie problemów społecznych, gdzie zremiksowana sztuka może być alternatywą dla dzieciaków z faveli, aby te nie stawały się członkami gangów. To przykład Brazylii. Może Polska powinna brać przykład z tego kraju, a nie z bogatego USA w dziedzinie dostępu do sztuki?

 

Przypominam, że nie raz widziałam w sieci co najmniej z kilka ciekawych przykładów twórczości, które przez gorliwego prawnika mogłoby zostać nazwane piractwem. Jakieś przykłady? Po pierwsze, rysunki osób zmagających się z autyzmem, które często są lepsze niż oficjalnych ilustracji, czy taki twórca nie powinien otrzymać zapłaty od studia, które oni reklamują w sieci?

 

Po drugie, dlaczego krytykować ludzi za to, że malują wizerunki ulubionych postaci w sieci albo wręcz na mutrach. Zawsze mnie bawiło postępowanie Studia Walta Disney’a, które złożyło pozew przeciwko przedszkolu, za to, że ta placówka reklamowała postać z ich logo. To była najlepsza reklama jaka mogłaby tylko być. Na podobnej zasadzie ludzie woluntarystycznie malują ulubione postacie na ścianach szpitali, żeby łatwiej było znieść pobyt w takich miejscach. Co prawda, ściany we wszystkich szpitalach powinny być barwne i to dotyczy wszystkich grup wiekowych, bo to pomaga w zdrowieniu.

 

I po trzecie, cały czas odnoszę wrażenie, że prawo autorskie nie za bardzo wie, czym jest Internet. Niby można potraktować to medium jako elektroniczną gazetę o zasięgu światowym, a każda strona www to jakby redakcja. Tylko czy każda redakcja, w świetle tego prawa... ma prawo istnieć? Czy każdy ma prawo być dziennikarzem/ artystą? Niby możemy uznać, że to wolne zawody, ale jak już nie raz wcześniej wspominałam są „równi i równiejsi”, a ci równiejsi to uznani profesjonaliści, chronieni przez insynuacje typu ZAIKS czy SFP-ZAPA.

 

Prawo autorskie powinno dbać o interesy autora, zarówno tego uznanego jak i o amatora. Żeby jednak autorzy mogli liczyć na docenienie to oczywiście powinni otrzymać zapłatę za swój dorobek (w tym aspekcie mam na myśli zakup oryginalnych dzieł, ale trzeba pamiętać o finansowych możliwościach odbiorców), ale także o tym, aby nie piętnować fanów (możemy ich zwać aktywnymi współautorami).

 

Sami przyprzyjcie, że nie ma nic szkodliwego w tym, że za symboliczne parę złotych, kupicie sobie wykonany przez studenta z ASP obrazek z wizerunkiem ulubionej postaci, albo swój komiksowy portret, aby ten miał na profesjonalnie kredki. Ja próbowałam kiedyś sprzedać kolorowanki z wizerunkami moich postaci, skończyło się na rysowaniu ich za darmo i w celach społecznych. Ludzie lubią to co znają.

 

Nie zapominajmy o tym, że nawet najwięksi, uznani artyści zawsze byli fanami swoich mistrzów i gdyby nie nauka od nich (nie ukrywajmy faktu naśladownictwa), teraz nie byliby chronieni przez wszelkie związki artystów polskich czy zagranicznych i otrzymywać tantiemy z tytułu prezentacji ich dzieł w mediach. Nie warto szykanować fanowskich inicjatyw, ani tłumaczyć, się że legalne to tylko w szafie, bo wtedy prawo autora przestaje chronić… co najmniej setki tysięcy autorów, którzy jeszcze nie dostali swoich pięciu minut sławy. I tyle z mojej strony narzekań, obiecuję, że kolejne TV ABC ARTE będzie weselsze.

 

W takiej sytuacji, pozostaje mi zachęcać Was do tradycyjnego dorwania kredek i pisaków w dłoń… aby sobie poprawić humor (nie wrzucać tego do łapiącej kurz szafy!) i widzimy się na łamach kolejnego magazynu Kyaa!

 

Justyna „Justa” Margielewska

« powrót

Dodaj nowy komentarz


Krótka historia wpisów na blogu... 


Created by ABC Arte 2019 :)