ABC Arte Blog 

Wyszukiwarka


Stronka zawierająca masę przemyśleń 
Justy z zakresu:

- anime... bo lubię!
- manga... bo lubię! 
- komiks... bo rysuje!
- literatura... bo piszę!
- projekty własne... bo szukam mecenasów!
- refleksje... bo czasem mnie coś nachodzi!
- to co mnie denerwuje... samo przez się! 
- czym jest sztuka... filozofia jeszcze nikogo nie zabiła!
- dlaczego ABC ARTE?
- bo to jest istotne?
I gdzie indziej miałabym publikować
swoje spostrzeżenia?! 

Kliknj... na skróty po więcej informacji! 


Największy Skarb Świata - FRAGMENT...

2014-06-19 20:21:18, komentarzy: 1

 

W książce będzie najprawdopodobniej nie za wiele ilustracji, toteż wystepują opisy bohaterów. Starałam sie aby były humorystyczne. Właśnie - jak oceniacie fragment historii

z komiksu albo ten opisany? 

 

Mały Feniks

 

To był jeden, z tych, pierwszych, wiosennych dni. Wschodzące słońce, delikatnie oświetlało, miejski krajobraz, wypełniony kolorowymi, zabytkowymi kamienicami, drobnymi drzewami

o zaokrąglonych koronach i smukłych pniach. Można było już zobaczyć pierwsze, zielone liście

i miasto budzące się do życia po zimowym letargu. Śpiewające ptaki, koncertowały na odnawianych fasadach nie jednej kamiennicy, stając się żywą dekoracją okien z kolumnami na kształt tych greckich z głowicami, przypominającymi, zakręcone baranie rogi.

Wszystko wydawało się pięknieć w oczach, tylko niestety nie te nierówno postawione chodniki,

o których krawężniki, co rusz potykała się Kinga, idąc do szkoły i jak zawsze jeszcze te ruchliwe ulice, których ruda dziewczyna miała już po dziurki w nosie...

Kinga myślała czasem, że dobra, zaczarowana miotła, załatwiłaby te niedogodności, ale jak ją raz wyśmiano za taki pomysł, to z miejsca stała się najbardziej racjonalną dziesięciolatką w Polsce.

I może, byłoby tak już na zawsze, gdyby nie kocię rysia, które zastąpiło jej drogę, skacząc

z wielkiego dachu, czteropiętrowej kamiennicy wprost pod jej stopy. O dziwo, mały, rudy kot

z brązowymi ciapkami o śmiesznych uszkach z futrzanymi pędzelkami na końcach i o takim podobnym, krótkim ogonku, nawet nie zorientował się co zaszło. Kociak, zadarł wzrok ku górze, gdzie przed chwilą fruwał jakiś, szary gołąb i zamiast ptaka zobaczył... lekko okrągłą twarz zdziwionej Kingi.

To chyba nie był zbyt szczęśliwy widok. Kinga nie była w prawdzie brzydka, ale jej rude włosy do ramion z grzywką opadająca na czoło

i wpadającą prawie do wielkich, piwnych oczu o długich, czarnych rzęsach

i delikatnych, rudych brwiach. Kinga miała też lekko zadarty nos i drobne usta, kontrastujące z jej wielkimi oczyma. Takiego widoku koty, nie lubią oglądać. Kociątko, które okazało się małą rysicą, nie kryło swego przerażenia.

Uczennica z podstawówki miła na głowie niebieską opaskę, a na nosie okulary z grubymi, czerwonymi oprawkami. Nie trzeba specjalnie zgadywać, że Kinga sokolego wzroku to nie miała. Poza tym, drobnym szczegółem, bohaterka wyróżniała się swoją niebieską, bluzą z dekoracyjnym motywem kwiatka z okrągłymi, czerwonymi płatkami i żółtym środkiem. Kinga miła na sobie błękitne jeansy i białe, sportowe buty. Gdyby nie to, że była sobota, miałaby też przy sobie plecak z wizerunkiem roześmianej rysicy. A tu patrz, żywy przedstawiciel tego gatunku!

Kinga skierowała swój wzrok na zdumiony pyszczek kotka, o wielkich, złotych ślepkach z piwnymi tęczówkami z wyrazistymi, ciemnymi obwódkami wokół oczu i lekko zaznaczonych brwiach, czarnym nosku i długich wąsach

i wibrysach na czubku głowy czyli tych „kocich rzęsach”. Zwierzątko zamarło

i zaczęło trząść się ze strachu.

– „Nudny ten dzień... Biedna kicia!” – pomyślała Kinga. Dziewczyna już miała odejść, lecz mała zlękniona kocica rysia, podbiegła do niej. Widocznie ciekawość była silniejsza od strachu. Kinga, uśmiechnęła się, widząc, że zwierzątko jest całe i zdrowe.

– Zimno jak w kieleckim! – miauknęła kicia, a Kingę prawie zamurowało. Nie słyszała miauczenia, lecz głos dziewczynki w swoim wieku. Była gotowa stwierdzić, że kogoś po prostu nie widzi, ale kotka była tuż obok i w chwili padnięcia tych słów, otwierała pyszczek.

– Czy ty powiedziałaś, „zimno jak w kieleckim?” – zapytała niepewnie Kinga.

– Z okularnicami, nie gadam! – prychnęła rysica i uciekła z pola widzenia Kingi.

Zasmucona Kinga, postanowiła iść do parku. Delikatna zieleń tego miejsca, zawsze poprawiała jej humor. W pęd za Kingą, pobiegła i ta mała kicia, najwyraźniej nieświadoma swojego czynu. Zanim jednak odnalazła Kingę, spotkała rodzeństwo o białych brwiach i włosach o ciemnych pasemkach, ubrane w długie błękitne szaty, podobne do szlafroków, a także w bluzy z motywem uśmiechającego się potworka o wielkich, czerwonych oczach na fioletowym tle, z dodatkiem spodni w tym kolorze lub sukienki

w przypadku dziewczynki. Dzieci miały na sobie jeszcze futrzane, bordowe kapcie. Wyróżniały się swoimi oczyma o kolorze złota. Chłopiec miał na imię Kacper i objadał się gałkowymi lodami

w trójkątnym wafelku. Jego siostra, zwała się Kasia i miała nieco dłuższe włosy od brata, ale też białe z długą grzywką i szarymi pasemkami. Kasia od jakiegoś czasu, pozbyła się już swej szaty

i teraz była we fioletowej sukience. Oprócz stworka, na jej ubraniu były czerwone kuleczki, które tworzyły dekoracje jej rękawów i samego dołu sukienki. Dzieciaki, musiały mieć na sobie jakieś kreacje z balu przebierańców.

Mała rysica była zachwycona, widząc ludzi „we futrze”. Kicia podbiegła do rodzeństwa i zaczęła „zagadywać” do tych dzieci. Jednak one, nie rozumiały jej mowy.

– Hej! Wy ludzie w śmiesznych ciuszkach! Miauczę do was! – próbowała miauczeć ze wszystkich sił rysica.

– Kaśka, czego ten kot od nas chce? – zapytał Kacper.

– Pewnie zgłodniał! – stwierdziła siostra i nagle zobaczyła Kingę. – Kacper, wiejmy stąd! Ruda tu idzie! Dzieciaki rzuciły się pędem do ucieczki, a rysica zobaczywszy Kingę, zaczęła płonąć ze wściekłości.

– Wracajcie! – miauczała mała kocica, nie zrozumiawszy, że te dziwne dzieci jej nie rozumieją.

– Ta rysica, zaraz eksploduje! – rzekła Kinga, z lekko drwiącym tonem w jej głosie: – Przestań się drzeć!

Sposób mówienia Kingi, zwalił z łap kociątko, które jeszcze przed chwilą próbowało stać na swoich, tylnych nóżkach jak człowiek. Kingi jednak to nie bawiło, odwróciła się plecami do zwierzaczka i pomału zaczęła iść w kierunku swojego domu, mijając parkowe drzewa, okrywające za sobą sylwetki blokowisk, tych upiornych domów z wielkiej płyty.

– Ja się nie drę, to znowu ty! – miauknęła rysica, bacznie spoglądając Kindze prosto w oczy.

– Dlaczego mówisz do mnie takim tonem? Obrażasz mnie. – powiedziała dziewczynka.

– Ja, a ty jak do mnie mówisz? Co? Te uszy są bardziej wrażliwe niż twoje.

Ja miauczę tak, jak miauczą w TV! – zaczęła się usprawiedliwiać rysica, ale Kinga nie miała zamiaru jej tak łatwo odpuścić.

– Tak, to dlaczego nazwałaś mnie „okularnicą?” – dziewczyna zaczęła zbliżać się sporymi krokami, do szeroko uśmiechniętej rysicy, jakby chciała okazać jej, że to ona jest ta silniejsza

w stadzie. Kicia od razu pojęła, że z tą ruda nie warto zaczynać. Zrobiła maślane oczka, tak jakby się chciała rozpłakać

i zaczęła zgrywać kocie niewiniątko:

– Palnęło mi się! Hej! Jestem z lasu! Dopiero co, uczę się „miastowego”! Chwila, dlaczego tylko ty mnie rozumiesz? Masz jakieś, magiczne moce? Tamci dwoje to twoi przyjaciele? – zaczęła wypytywać o wszystko, ta mała, dziwna rysica. Kinga zamknęła oczy i spuściła głowę.

– Oni mnie nie lubią... Nie ma czegoś takiego jak magia... – szepnęła dziewczyna. W jednej chwili, rozległ się huk i stado kruków, które siedziało na jednym z drzew w parku, zerwało się do lotu. Nie zważywszy na taki hałas, mała kicia, zaczęła podrygiwać na tylnych łapkach:

– Ona jest tajniakiem! – miauczała wesoło kicia. W jednej chwili, zerwał się wicher i kotka straciła równowagę. Nad jej głową, przefrunęła czarownica na miotle. Wiedźma miała na sobie zieloną szatę i brązowy kapelusz z różą. To była Marta.

Rysica, upewniwszy się, że to nie była zwyczajna kobieta, zaczęła krzyczeć w stronę Kingi, coś

w stylu „ej ruda, baba na miotle”. Kinga jednak, nie zauważyła nic i wzięła to wszystko, za kolejny wygłup rysicy. Kocica nie miała argumentów, ale znalazła za to, coś na prezent dla dziewczynki. Był to wisiorek z błyszczącą kuleczką z symbolem serca i wyrytymi napisami, „wiara, nadzieja, miłość”. Kicia nie wiedziała, że medalik jest zaczarowany, ani tym bardziej, że to zguba zielonej jędzy Marty.

I szkoda, że nie powiedziała Kindze, jak ogromny, podobny do orła ptak, o rudych piórach, goni miliony czarownic i czarodziejów, a następnie więzi ich w jaskini, która znajdywała się w parku. Oznajmiając przy tym, wszystkim czarownikom, panom i paniom, „nie uciekniecie mi”. W geście triumfu, stary Feniks, zabrał ze sobą Berło Bastet i wrócił już do współczesnego Egiptu. Natomiast nasza rysica, zabrała ze sobą naszyjnik Marty i pobiegła do Kingi, która właśnie siedziała sobie na białej ławce w parku i objadała się tabliczką czekolady. Widząc rysicę, Kinga uśmiechnęła się i rzuciła w jej kierunku, słodki smakołyk. Kocica rzuciła na ławkę, znaleziony medalik z serduszkiem, zobaczywszy kilka tabliczek czekolady w dłoni Kingi. Nie interesowało jej to, co leżo na trawie tylko...

– Dawaj tę czekoladę, z trawy nie jem! – miauknęła i pochwyciła łakocie

z ręki Kingi.

– Zabawna jesteś! Ja jestem Kinga, a ty? – spytała ruda w okularach. Na te słowa, rysica wskoczyła na głowę Kingi, wyciągnęła język w stronę jej oczu i szkieł okularów:

– Rysica! To przecież widać! Zaraz, czekaj, umyję ci oczy! – kicia uczepiła się pazurkami głowy Kingi, a dziewczyna próbowała zdjąć tę futrzaną czapeczkę. W pewnym momencie, Kinga pstryknęła palcami u jednej z dłoni, zdając sobie sprawę z tego, że kotka jej po prostu nie zrozumiała.

– Nie trzeba! Widzę! Chodziło mi o twoje imię! – rzekła Kinga.

– A... moja, nazwa własna! Mama mnie nie nazwała! – odpowiedziała

z lekkim wahaniem się mała rysica.

– To może „Urszula”? – zaproponowała Kinga. Na samą tę propozycję, rysica Urszula zeskoczyła z jej głowy. Niestety wprost na jezdnię, czego Kinga nie od razu się domyśliła.

– Ujdzie w tłumie! – oceniła kotka. Za jej plecami, zaczęły migotać, ostre światłą, nadjeżdżającego auta. Kicia była niestety tak pogrążona w swoich myślach, że nie zdziwiły ją nawet białe przerywane linie na ciemniejszej powierzchni tuż pod jej łapkami...

– „Troszkę, zapachniało mi to, podręcznikiem do nauki języka polskiego! Dobrze, że nie nazwała mnie, „Ala ma kota”! – spointowała sobie w głowie. Urszula i nagle znalazła się w dłoniach Kingi, która pochwyciła ją wprost spod kół nadjeżdżającego auta. Przestraszona rysica, zaczęła drapać Kingę po policzkach.

– Urszulo, uważaj! – krzyknęła Kinga.

– Co jest grane? Widzę światełko w tunelu! – miauknęła rysica i zamknęła ślepka.

Kinga skoczyła na najbliższy pas zieleni. Mijając o włos, ciemne auto, należące za pewne do jakiegoś diabła Boruty. Co dziwne, jak Kinga spojrzała na maskę samochodu, zobaczyła za kółkiem piwnookiego szatyna, faceta

z krzaczastymi, brązowymi brwiami, z długimi, ciemnymi, sumiastymi wąsami i taką kozią bródką, a na dodatek z czerwonymi rogami na głowie. Nie to musiała być tylko jej wyobraźnia! Takie rzeczy, się nie zdarzają! Tylko komu dziwna rysica daje w podarku daje naszyjnik czarownicy?

Kiedy Urszula ponownie otworzyła swe oczy, leżała na wielkiej, czerwonej poduszce ze złotymi frędzlami. Miała zabandażowaną jedną łapkę i dopiero, co zorientowała się, że gdyby nie Kinga... zginęłaby pod kołami diabelskiego auta, należącego do dziwnego, pirata drogowego Jednak, nie dała po sobie poznać, ani nutki zmartwienia tą zaistniałą sytuacją.

– Urszulo, wszystko będzie dobrze... – rzekła z troską Kinga do kocicy.

– Ple, ple, ple... Wiem, że jezdnia to nie jest, dobre miejsce na wywody filozoficzne! Będę uważać! – miauknęła rysica, podnosząc zabandażowaną łapę, choć ta musiała ją boleć. Urszula uśmiechnęła się szeroko. Grunt to robić dobrą minę do złej gry.

Jakiś czas po tym wydarzeniu, Urszula beztrosko biegała już po całej okolicy. Najwyraźniej zapomniała już o niedawnej kontuzji, tej części łapy, która u ludzi zwie się nadciągnięciem nadgarstka. Może koty mają łatwiej bo nie mają przeciwstawnego kciuka? Gdy Kinga, sobie tak myślała, rysica upatrzyła sobie pisklę jakiegoś ptaka. Idącej chodnikiem Kindze, ten dziwny obiekt fruwający, też rzucił się w oczy. Niestety ptak, zniknął bohaterkom z zasięgu wzroku, tak szybko, jak się pojawił.

– Co to był za dziwny ptak? – zapytała Urszula.

– Pewnie komuś, papuga uciekła... – zaczęła zgadywać Kinga.

Jednak to chyba nie była papuga, aczkolwiek ptak był kolorowy. Miał szkarłatne pióra, na ciele, takiej barwy też i zewnętrzną część skrzydeł ze złotymi końcówkami, a na spodzie białe, złoty ogon z odcieniem rudego, zaś głowa bez wątpienia była ruda z pierzastymi, złotymi pasemkami na czubie. Brzuch ptaka był biały, tak samo jak część szyi. Dziwna „papuga” miał duże piwne oczy

i czarne, krzaczaste brwi. Dookoła oczu można było też zauważyć, złote obwódki, potęgujące efekt niezwykłości tego lotnika. Gdyby nie haczykowaty złoty dziób i takie, delikatne łapy w tej barwie, z czarnymi, połyskującymi szponami, faktycznie mogłaby być to jakaś rzadko spotykana papuga.

Kinga i Urszula, nie wiedziały jeszcze, że wkrótce wokół nich, zaczną się dziać rzeczy nie z tej Ziemi. Przygoda z zaczarowaną papugą, która okazała się Małym Feniksem, miała być dopiero wstępem do kłopotów. 


Bardzo bym sie ucieszyła, gdyby na podstawie opisów, powstały Wasze wizje moich bohaterów. :) Więc jak? Do dzieła, komentujcie i rysujcie! Z góry dziękuję! 

 



Kategorie wpisu: Literatura, Projekty Justy
« powrót

Dodaj nowy komentarz

  • Meduza 15:07, 20 czerwca 2014

    Ciężko powiedzieć co było by leprze komiks czy książka. Z każdej z tych rzeczy jest trudno osiągnąć sukces.

    Odpowiedz

Krótka historia wpisów na blogu... 


Created by ABC Arte 2019 :)